Dla niedowidzącychRozmiar tekstu: AAA
Nie takie łupki straszne

09-12-2011  Aktualności

Wydobycie gazu łupkowego ciągle budzi w Polsce niezdrowe emocje. O prawdziwych i zmyślonych zagrożeniach z tym związanych rozmawiamy z dr Moniką Konieczynską, Kierownik Zakładu Geologii Środowiskowej Państwowego Instytutu Geologicznego.
 
 
Oglądała pani film „Gasland"? Obraz płonącego metanu wydobywają¬cego się z rury przy kuchennym zlewozmywaku może rozbudzić obawy związane z eksploatacją złóż gazu łupkowego w Polsce. - Obejrzałam bez końcowych 40 min, bo bardzo mnie znudził. Może kiedyś dokończę w przypływie dobrego humoru i nadmiarze wolnego czasu. Ten film został nakręcony, aby udowodnić jakąś tezę, którą postawił sobie autor, ale pewne problemy tam ukazane mogą działać na wyobraźnię. Jaka jest rzeczywistość? - Trudno sobie wyobrazić, że autor filmu, który w ogóle się na tym nie zna, jeździ po kraju i odkrywa miejsca, w których dzieje się coś potwornego i nikt się tym nie zajmuje. Nie twierdzę, że gaz się tam nie wydobywa. Jednak wszystkie te przypadki zostały na pewno zbadane przez agencję ochrony środowiska i urzędy stanowe. Z każdego z nich istnieją raporty i sprawozdania. Każda z tych sytuacji jest rozpoznana, ale autor nie mówi o tym w filmie, bo to byłoby zbyt nudne. Oczywiście, zagrożenie istnieje, ale z mojej wiedzy wynika, że spektakularne płomienie z kranu nie były związane z gazem łupkowym, a ze źle zabezpieczonymi odwiertami. W początkowej fazie łupkowego boomu w Stanach nie zwracano uwagi na to, co się przewierca ponad złożem. W Polsce, mamy rewelacyjną sytuację, bo mamy bardzo dobre rozpoznanie, jeśli chodzi budowę geologiczną. U nas nie ma możliwości, że ktoś wierci do łupków na głębokości 3000 m przewierci się przez pokład węgla, w którym jest metan, źle zabezpieczy otwór i gaz wydobędzie się na powierzchnię. Można więc domniemywać, że gaz ulatniający się z kranów nie pochodził z łupków. - Tak, te płomienie, które w „Gaslandzie" buchały z wodociągu, prawdopodobnie pochodziły z gazu zawartego w pokładach węgla, które znajdowały się tam wyżej i nie opłacało się ich eksploatować. W Polsce, nie ma możliwości, aby przejść przez tzw. horyzont geologiczny i nie odizolować go od innych. Jeśli przy stosowanej u nas technologii nastąpi jakiś niekontrolowany przepływ wzdłuż otworu, to albo w wyniku awarii wynikającej z niemożliwej do przewidzenia mimo szczegółowych badań sytuacji geologicznej, lub bardziej prawdopodobnie ludzkiego błędu. Na pewno nie dojdzie do tego w normalnym trybie. Do szczelinowania potrzeba bardzo dużych ilości wody. Czy kopalnie gazu nie nadszarpną naszych zasobów wodnych? - Wodę można czerpać z poziomów wodonośnych lub wód powierzchniowych, wykorzystywać też płyny technologiczne z innych procesów szczelinowania. W momencie jego rozpoczęcia trzeba mieć zgromadzoną całą ilość potrzebnej wody. Jeśli ktoś czerpie ją z poziomów wodonośnych, to musi mieć własne ujęcie i pozwolenie wodnoprawne, w którym określono, ile może pobrać wody w ciągu doby. Jeśli chciałby niezgodnie z pozwoleniem pobrać więcej, to oprócz kar administracyjnych ryzykuje, że zerwie zwierciadło i nie będzie mieć wody w ogóle. Obecnie, doskonali się technologię tak, aby ten proces zużywał jej mniej. Choć wykorzystanie wody jest bardzo duże, to i tak znacznie niniejsze niż np. w kopalni węgla kamiennego. Ilość wody potrzebna do wielostopniowego szczelinowania jednego otworu jest dużo mniejsza niż dobowe zużycie miasta wielkości Warszawy. Skoro więc jesteśmy w stanie dostarczyć tyle wody dla jednego miasta bez uszczerbku dla zasobów, to i ze szczelinowaniem sobie poradzimy. Problem polega na tym, żeby ten, kto wydaje pozwolenia wodnoprawne i podejmuje decyzje dotyczące tego, co zrobić z resztkami płynu technologicznego, był świadomy zagrożeń i wiedział jak postępować. W ilu miejscach trwają poszukiwania gazu łupkowego w Polsce? Do tej pory wydano ponad 100 koncesji. Na wszystkich postępują prace, tyle że nie zaczyna¬ ją się one od wierceń, lecz od badań w archiwum. Następnie robi się badania geofizyczne. Po ich zakończeniu wskazuje się miejsce, wierci otwór i przystępuje do testów. W Polsce wywiercono kilkanaście otworów, z tego w pięciu przeprowadzono szczelinowanie i testy gazowe. Jest w nich gaz? W telewizji widzieliśmy kilka świeczek: w Łebieniu, Lubocinie, Lewinie. Żadna z firm nie ogłasza, ile go ma i jak szybko wypływa. Na razie sprawdzają, do czego się dowiercili. Później będą musieli wyniki opracować, przeliczyć i wówczas stwierdzą, czy gwarantują one ekonomiczną opłacalność dalszych prac.
 
W przypadku gazu łupkowego straszy się nas znacznie większą liczbą odwiertów niż przy konwencjonalnych złożach. Obecnie nikt jeszcze nie boi się wiercień. Wszyscy obawiają się szczelinowania, postrzeganego jako główne zagrożenie. Eksploatacja takiego otworu będzie trwała przez lata. Na początku, gaz będzie płynął intensywniej, a potem - przez następne 20-30 lat - bardzo wolno. Taki otwór zamyka się i włącza do sieci. Wątpię, żeby ktokolwiek był na tyle odważny, by stwierdzić, jaka będzie jego wydajność w określonym czasie. Wydobycie gazu konwencjonalnego można porównać do zrobieniu dziury w garnku, w którym jest nadciśnienie. Dopóki panują takie warunki, wydobywamy paliwo. Efekt jest taki, że ze złóż konwencjonalnych gaz może płynąć bez zabiegów intensyfikacyjnych, a czas eksploatacji zależy od wielkości tzw. pułapki gazowej, czyli zbiornika, w którym gaz się zgromadził i ciśnienia w złożu. W przypadku gazu łupkowego liczba otworów musi być większa, bo jego złoża nie mają charakteru pułapek gazowych, ale są to potencjalnie cale pokłady. Otwarcie złoża dotyczy tylko strefy zeszczelinowanej. Przy obecnej technice, to kilkanaście - kilkadziesiąt metrów od samego otworu. Jeśli więc chcemy wydobyć gaz z większej części złoża, to musimy wykonać więcej wierceń. W tej chwili z jednego miejsca potrafimy wiercić kilkanaście otworów. Jak to możliwe, że rura skręca pod ziemią? Ona nie skręca tak szybko, zajmuje to kilkaset metrów, a poza tym nie wierci się rurą tylko świdrem. To specjalne świdry pozwalające na wykonanie otworów kierunkowych. Kieruje się tym z powierzchni i nie zawsze udaje się trafić w odpowiednim kierunku. Często po kilkudziesięciu - kilkuset metrach okazuje się, że otwór skręca nie tam, gdzie trzeba. Należy go wówczas go zamknąć, wrócić do pionu i próbować ponownie. Dla obserwatora - to lepsze od filmu, bo: po pierwsze - prawdziwe, a po drugie - fascynujące. Amerykańscy specjaliści oszacowali nasze zasoby na 5,3 bin m3. Kiedy będziemy wiedzieli, ile możemy mieć gazu i czy to nie będzie kolejna oszukańcza bańka - tym razem gazowa? Większość terenów zidentyfikowanych jako potencjalnie gazonośne zostało rozdysponowane i wydano koncesje na poszukiwanie. Na razie nie ma ani jednej koncesji na wydobycie. Będąc służbą geologiczną, współpracującą z naszym amerykańskim odpowiednikiem, przygotowujemy od ubiegłego roku szacunki w skali całego kraju. Nie jest to jednak proste. Różne metody badawcze dają inny rodzaj wyników w Stanach Zjednoczonych a inny u nas. Te dane mają po prostu różną naturę. Najpierw, musimy ujednolicić materiał i to już wykonaliśmy. Ministerstwo Środowiska zaapelowało też do przedsiębiorców, aby podzielili się danymi zbieranymi na ich potrzeby tylko po to, aby oszacować te zasoby. Prawdopodobnie na początku przyszłego roku będziemy w stanie coś na ten temat powiedzieć. Mieszkańcy miejscowości, w których poszukiwany jest gaz łupkowy, nie narzekają. Wręcz przeciwnie - widzą w tym szansę dla swoich regionów. Z punktu widzenia przeciętnego obywatela, zasoby obecnie nie są tak istotne. Ważniejsze jest to, aby wydobycie gazu dawało zatrudnienie i było bezpieczne. Dobrze, że ciężar uwagi opinii publicznej spoczął na tym. Gaz łupkowy nie jest większym zagrożeniem niż te, które znaliśmy do tej pory, ale przez to, że jest czymś nowym może się okazać, że coś przeoczymy. Teraz inwestorzy dbają o wizerunek i o to, aby nie się nie stało. Żeby ciężarówki nie jeździły zbyt szybko, z wiertni nie się nie wylewało. Ale na razie mamy pojedyncze otwory. Jeśli zrobi się z tego prawdziwy przemysł, będziemy musieli opracować procedury i odpowiednio przygotować urzędników. Będą wydawali decyzje na lokalizację, pozwolenia środowiskowe i na programy odpadowe. Tylko oni tak naprawdę mogą zapewnić nam bezpieczeństwo. Dopóki po Polsce jeździł jeden samochód, to nikt pod niego nie wpadał. Gdy jeżdżą miliony aut, to co roku ginie kilka tysięcy ludzi. Kiedy zaczniemy gaz wydobywać na masową skalę, to zawsze ktoś może czegoś nie dopatrzyć i przed tym musimy się zabezpieczyć. Mamy na to czas, do uruchomienia masowego wydobycia pozostało kilka lat. Musimy wypracować takie procedury, aby każdego przypadku nie rozpatrywać oddzielnie i jak coś się stanie, żebyśmy nie łapali się za głowy. Czemu zawdzięczamy to, że mamy w Polsce gaz łupkowy. Łupki - to skały osadowe, które powstawały na ogół w głębokim morzu z bardzo drobnego materiału, głównie pochodzenia organicznego. W ciągu milionów lat ulegał on przeobrażeniom. Z morza wyłaniał się na powierzchnię, przykrywany był innymi utworami, zagłębiał się w skorupę ziemską. Był poddawany potwornym ciśnieniom i wysokiej temperaturze. Jako że miał on pochodzenie biologiczne, zawierał bardzo dużo substancji organicznej. Pod wpływem bakterii, ciśnienia, a zwłaszcza temperatury przechodziły one w bardziej płynne - a następnie gazowe. Gaz w łupkach jest dokładnie takim samym gazem, jak konwencjonalny. Różnica polega na tym, że ten drugi zdołał się zawczasu wydostać i zgromadzić w utworach o lepszej przepuszczalności.
 
 
 
 
Źródło: Dziennik Wschodni Lubelski, nr str.: 3, 2011-12-09, autor: jsz

« powrót

 
 
 

Marki Grupy ORLEN